Muzeum Motyli w Łebie i Władysławowie

Witajcie w najpiękniejszych Muzeach Motyli w Polsce

- GRUDZIEŃ 2017  -  MUZEA CZYNNE SĄ CODZIENNIE  od 10.00 do 16.00      

Napisali o nas

Źródło: Fotorzepa - Piotr Wittman

 19-11-2010, autor Magdalena Lemańska

MUZEA Z POWOŁANIA 

Małe prywatne muzea to dla ich właścicieli sposób na życie. Jednak wciąż tylko czasami oznaczają także biznes życia.
Muzeum motyli, zabawek, lalek, chleba, gwizdka, piwa, instrumentów, nurkowania, zabytkowych samochodów. Obok ogromnych multimedialnych obiektów powstających za ogromne pieniądze w Polsce działa coraz więcej małych prywatnych placówek muzealnych.
Większość z nich to bardzo niszowe projekty, które nie korzystają z dofinansowania państwowego. Ich właściciele często przekonują, że nie stać ich na to, by zatrudniać dodatkowe osoby, co pośrednio ma znaczenie przy otrzymywaniu dotacji. 
 
- Ekonomicznie taka działalność się w ogóle nie kalkuluje, to raczej pasja, hobby – przyznaje Tomasz Falkiewicz, założyciel i właściciel Muzeum Motyli we Władysławowie.
 
– Nie ma opcji finansowania nas z budżetu państwa, bo jako firma musielibyśmy być wpisani do rejestru muzeów: mieć statut, radę programową. Nikt nam więc w działalności nie pomaga. Ubieganie się o dotacje wymaga dużo czasu i energii, a często kończy się tak, że nic nie otrzymujemy – dodaje.
 
Wstęp do muzeum jest płatny, ale są i koszty utrzymania takiej niezwykłej i wiekowej kolekcji: szkodzi jej wilgoć i słońce, co dwa lata gabloty z motylami z całego świata trzeba w ramach konserwacji zamrozić, co kilka miesięcy – zaopatrzyć w nową tabletkę środka konserwującego.
 
Falkiewicz złapał bakcyla, gdy żona nieżyjącego już stryja przekazała mu prowadzoną od 1937 roku kolekcję ok. 6 tys. motyli. – Zbiory przetrwały II wojnę światową w piwnicach, nikt ich wtedy nie znalazł – mówi Falkiewicz.
 
Kolekcjoner utrzymuje się z czego innego, podobnie jak stryj – który w poszukiwaniu motyli zjeździł większość kontynentów – nie ma też wykształcenia entomologicznego. Muzeum to jego pozazawodowa pasja.
 
– Stryjowi udało się stworzyć naprawdę coś unikalnego. Jest wielu entomologów, którzy mają własne kolekcje, ale zazwyczaj w ogóle ich nie pokazują – mówi Falkiewicz.
 
Muzeum działa od dziesięciu lat i ma już swoją renomę, czemu sprzyja jego lokalizacja – mieści się we Władysławowie, więc często odwiedzają je przyjeżdżający na wypoczynek turyści. Po sezonie – od listopada do maja – jest nieczynne.
 
Po pierwsze pasja
 
Małe prywatne placówki muzealne bardzo często są kontynuacją rodzinnej tradycji. Tak jak jedno z najstarszych prywatnych muzeów w Polsce – Ludowe Muzeum Rodziny Brzozowskich w Sromowie. Rodzina od prawie 40 lat prezentuje tam m.in. ponad 600 drewnianych figur rzeźbionych np. przez ojca obecnego właściciela, Wojciecha Brzozowskiego.
 
Powodem uruchomienia takiego biznesu rzadko bywa chęć zarobienia. Prawie zawsze zaczyna się od pasji.
 
– Jeżeli człowiek nie wkłada w to serca, nic z tego nie będzie – potwierdza Piotr Mankiewicz, założyciel i właściciel Muzeum Chleba w Radzionkowie koło Bytomia i Tarnowskich Gór. Każdego roku dokłada do swej działalności ok. 50 tys. zł. W muzeum można upiec i zjeść własnoręcznie przygotowany chleb i zapoznać się z historią jego produkcji.
 
– Trzeba kupować nowe eksponaty do zbiorów, w czym państwo małym zbieraczom nie pomaga. A dzieci trzeba uczyć oglądać takie zbiory od czasu, gdy są małe – mówi Mankiewicz.
 
Prawie wszystkie zbiory kupił sam, najczęściej na giełdzie staroci w Bytomiu. – To takie moje ministerstwo kultury, ta giełda. Kiedyś tam pojechałem i widzę w jednym miejscu wyłożoną archiwalną fotografię piekarzy. Od razu się zainteresowałem, a kobieta mówi: nie sprzedam, bo to dla tego człowieka, co ma muzeum chleba, trzymam. Mówię jej więc, że się dobrze składa, bo to ja. I zdjęcie dostałem – wspomina. – Ci na giełdzie starają się mi różne rzeczy odkładać i często po prostu mi je dają: a to biurko, a to kałamarzyk jakiś.
 
Działające od dziesięciu lat Muzeum Chleba rocznie odwiedza ok. 40 tys. osób. Jak się zjedzie więcej autobusów, jest na ogrzewanie i oświetlenie. Jak nie – trzeba dokładać.
 
– Ale robię to, bo codziennie widzę tu szczęśliwych, zadowolonych ludzi. Spędzają tu po kilka godzin. Oglądają film, idą piec swój chleb, słuchają prelekcji, potem zwiedzają – mówi Mankiewicz, który utrzymuje placówkę sam. – Moje muzeum nie jest zarejestrowane. Ale gdyby było, musiałbym zatrudnić księgową, żeby prowadzić księgi, inne potrzebne wtedy osoby. Upadłoby od razu – uważa.
 
Jest i biznes
 
Jednak są też prywatne projekty, które – obudowane rozmaitą pokrewną działalnością – dają właścicielom zarobić.
 
Tak jest w przypadku toruńskiego Muzeum Piernika, gdzie m.in. można upiec sobie własny piernik.
 
– Utrzymujemy się z naszego pomysłu. Dla mnie to jest sposób na życie, musi być na ekonomicznym plusie – mówi Andrzej Olszewski, dyrektor muzeum, które jest własnością jego żony Elżbiety. – Podobnie jak w czasie wyborów ludzie głosują na muzea nogami – dodaje.
 
Jego muzeum rocznie odwiedza już ponad 70 tys. ludzi. Oprócz typowo muzealnej działalności oferuje organizację spotkań firmowych, urodzin, imienin, pieczenie pierników świątecznych czy wykonanie z ciasta piernikowego logotypu firmy, który w nienaruszonym stanie może przetrwać jako pamiątka dla kontrahenta wiele lat.
 
– Gdybyśmy chcieli żyć z samej sprzedaży biletów, raczej by się nam to nie udało – przyznaje Olszewski, który przed startem muzeum dokładnie przemyślał strategię, zwiedził inne małe placówki tego typu w Polsce i za granicą. Teraz ma w planach kolejne muzeum, ale nie chce zdradzić jakie.
 
Na innych usługach bazujących na głównej działalności zarabia także dodatkowo podwarszawskie Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach. W zbiorach placówki jest dziś około 300 zabytkowych samochodów.
 
Podwaliną jego działalności była prowadzona w latach 70. państwowa akcja karania właścicieli niesprawnych samochodów za przechowywanie ich na podwórkach – którzy w takiej sytuacji chętnie zgadzali się na ich sprzedaż.
 
Potem właściciele muzeum zaczęli swoje zbiory naprawiać i rozszerzać, by dziś mieć kolekcję składającą się już nie tylko z samochodów, ale także rowerów, autobusów, ciężarówek, a nawet czołgów. Sprawne pojazdy grają w filmach (występowały chociażby w „Przedwiośniu”). Na terenie muzeum można też zorganizować bankiet, wypożyczyć samochód do przejażdżki. Taka kolekcja daje duże możliwości szukania dodatkowych sposobów jej finansowania.
 
Zdarza się też, że tworzone z potrzeby serca kolekcje po prostu wspierają sponsorzy. Jak np. Muzeum Nurkowania działające przy Warszawskim Klubie Płetwonurków, które na swojej stronie wymienia aż kilkudziesięciu sponsorów.
 
Sięgnąć po dotacje
 
Jeszcze sporadycznie – ale takich przypadków będzie przybywać
 
– zdarza się, że właściciele małych muzeów korzystają z dotacji unijnych.
 
Tak zrobił Józef Majewski, przewodnik turystyczny, który kilka lat temu zarejestrował Muzeum Nietypowych Rowerów w Gołębiu (w woj. lubelskim, 11 km od Puław). Historia jego muzeum sięga lat 70. i 80., gdy nauczał w dęblińskim technikum. Wcześniej skończył Wydział Mechaniczny Politechniki Warszawskiej
 
Ale to, jak działają maszyny, pasjonowało go wcześniej. Jeszcze w szkole średniej zbudował rower tandem. Jako nauczyciel na zajęciach w technikum wymyślił, że będzie uczył dzieci myślenia o tym, jak działają urządzenia, właśnie poprzez prace polegające na konstruowaniu rowerów z dostępnych części.
 
– Takie cienkie rurki, z jakich jest wykonany rower, bardzo trudno spawać. A żeby rower zostawiał za sobą dokładnie jeden ślad, też trzeba się napracować – mówi Majewski. Jak zaznacza, co dziesiąty wykonany samodzielnie przez uczniów rower nadawał się do jazdy. Wielu z nich składało potem swoje pojazdy i dziś w Dęblinie i okolicach jeździ ok. 400 takich samodzielnie wykonanych, niepowtarzalnych jednośladów.
 
– Część tych rowerów odkupiłem od uczniów, część po prostu mi oddali i dziś mam ich 50, z czego ok. 20 nadaje się do jazdy. Można to sprawdzić, bo muzeum mieści się na świeżym powietrzu. Jest tylko wiata, która umożliwia zwiedzającym oglądanie eksponatów w czasie niepogody – mówi Majewski.
 
Rocznie muzeum odwiedza ok. 1,5 tys. osób. – To moja wielka fascynacja. Chciałbym tak rozwinąć działalność, by móc zatrudnić dwie dodatkowe osoby – mówi Majewski, który muzeum prowadzi jako jednoosobową działalność gospodarczą i zamyka je na od grudnia do kwietnia.
 
Jedno mu nie wystarczyło, więc obok otworzył drugie – Muzeum Pijaństwa – które tworzy kolekcja ok. tysiąca – w tym 20 zabytkowych – butelek po alkoholach. W kompletowanie kolekcji także włączyło się wielu ludzi.
 
– Jakiś lekarz dał mi butelkę w kształcie szabli, ktoś inny znalazł w puławskim Liceum im. Czartoryskiego na strychu butelkę po starym francuskim koniaku – opowiada Majewski. – Dziś butelki przyjeżdżają do mnie z całego świata. Mam np. butelkę w kształcie jednego euro, z Austrii, gdzie przed przyjęciem euro sprzedawano przez chwilę właśnie takie.
 
Współpracuje z Lokalną Grupą Działania (LGD) Zielony Pierścień w Nałęczowie, w 2007 r. wystarał się o unijną dotację na swoje muzeum rowerów.
 
– Dostałem z UE 20 tys. na zakup materiałów koniecznych do zrobienia zadaszenia i powiększenia okien. Drugie tyle dołożyłem ze swojej odprawy emerytalnej. Prezes LGD mnie namawia, żeby znowu złożyć, bo jest transza środków na takie małe projekty warte po kilka tysięcy złotych – mówi Majewski.
 
Gdyby miał więcej pieniędzy, dokupowałby do zbioru rowery produkowane dziś przez firmy nie do użytku masowego, ale w ramach eksperymentów. – Jest np. taki rower gąsienicowy z napędem do jeżdżenia po śniegu – mówi.
 
Wielcy też to mają
 
Małe tematyczne muzea miewają też wielkie firmy. Ale traktują je najczęściej jako realizację firmowej misji. Kompania Piwowarska
 
– największy gracz na polskim rynku piwa, do której należy marka Tyskie – ma np. od sześciu lat Tyskie Browarium. Można tam dowiedzieć się więcej o historii browarów i piwa oraz prześledzić proces warzenia tego napoju.
 
– Rocznie odwiedza je 45 tys. ludzi. Weszło już do koszyka atrakcji turystycznych na Śląsku. Dotąd nie pobieraliśmy opłat za wstęp, ale niedawno to zmieniliśmy, bo doszliśmy do wniosku, że ludzie jednak bardziej szanują to, za co płacą – podkreśla Paweł Kwiatkowski, rzecznik Kompanii.
 
Przyznaje, że firma na przedsięwzięciu nie zarabia i raczej nie zamierza. Nie planuje też ubiegania się o państwowe dotacje. – Traktujemy je jako koszt i wkład w działanie na rzecz ugruntowania tradycji piwa w Polsce – mówi Kwiatkowski.
 
Muzeum Browaru w Żywcu ma też numer 2 na rynku piwa, grupa Żywiec.
 
Niedawno plany otworzenia muzeum ogłosił Narodowy Bank Polski. Bank ma stałą wystawę numizmatyczną, ale do końca 2012 r. chce ruszyć z Centrum Pieniądza, gdzie m.in. będzie można zobaczyć, jak powstają banknoty i monety. 
 
 

 
Pomorskie Centrum Eksploracyjne
październik 2010
 

PIJĄ, KOPULUJĄ, NISZCZĄ, TORTURUJĄ, ZAKAŻAJĄ, MORDUJĄ...

Popełniają niemal wszystkie grzechy - piją, obżerają się, kopulują bez umiaru, niszczą, rabują, ranią, torturują, zakażają, mordują. Przywary i skłonności, które w naszym świecie zepchnęłyby delikwentów na margines społeczny, wśród owadów i stawonogów są normą. Te stworzenia, równie często piękne, jak odrażające, fascynują nie tylko naukowców. Jakie mroczne tajemnice kryje entomologia?

W Muzeum Motyli we Władysławowie, obok gablot wypełnionych zachwycającymi okazami, znajdują się informacje o całkiem niechlubnych ciekawostkach z ich życia. 
 
Jak przekonują organizatorzy wystawy, pijane motyle, to wcale nie rzadkość. Wiele gatunków motyli spija sfermentowane soki z zepsutych owoców, po czym nie są w stanie odlecieć nawet przez kilka dni. Jeśli nawet próbują, ich lot jest niestabilny i często kończy się połamaniem skrzydeł. Naukowcy do dziś nie potrafią stwierdzić, czy motyle celowo poszukują "mocnych trunków", czy to tylko przypadek.
 
Milion bakterii na jednym ciele 
 
W zepsutych owocach gustują nie tylko one. Choć mucha domowa lęgnie się najczęściej w nawozach odzwierzęcych, odchodach ludzkich i śmieciach, nie gardzi również rozkładającymi się owocami, warzywami i organicznymi odpadkami z gospodarstw domowych. Stwierdzono, że jedna mucha może na swoim ciele przenosić ponad milion bakterii, nic dziwnego, że w przeszłości te owady przyczyniały się do rozprzestrzeniania gruźlicy, cholery, czerwonki. 
 
Nie tylko one pomagają chorobom zakaźnym zbierać swoje żniwo. Komary mogą przenosić filariozę, żółtą febrę i malarię. Muchy tse-tse roznoszą śpiączkę. Szczurze pchły roznosiły dżumę; największa epidemia "czarnej śmierci" wybuchła w XVI wieku, zabijając ponad 35% ludności Europy. W Polsce największe ognisko choroby pojawiło się w XVII wieku w Gdańsku, zginęło wówczas około 18 tysięcy jego mieszkańców. 
 
Największy żarłok
 
Za największego żarłoka na świecie uznawana jest gąsienica ćmy Anthera polyphemus pochodząca z Ameryki Północnej. W ciągu 55 dni larwa pożera ilość 85 tysięcy razy cięższą, niż masa jej ciała. Największym polskim szkodnikiem są pędraki (larwy) chrabąszcza majowego. W pierwszym roku życia odżywiają się one próchnicą oraz drobnymi korzonkami, głównie traw. Starsze pędraki żerują stadnie i uszkadzają system korzeniowy siewek i sadzonek prawie wszystkich gatunków drzew i krzewów. Dorosłe żuki żerują prawie wyłącznie na liściach drzew. Kiedy występują masowo, potrafią zupełnie ogołocić drzewo z liści, zakłócając jego rozwój.
 
Stonka ziemniaczana jest poważnym szkodnikiem upraw ziemniaka na całym świecie. Ponieważ nie ma naturalnych wrogów, rozmnaża się intensywnie i bez przeszkód. Stonki to nie tylko nudni pożeracze kartofli. Sprytna stonka Timarcha potrafi w chwili zagrożenia wypluć z otworu gębowego płyn podobny do krwi, czym może zmylić napastnika - drapieżniki rzadko atakują martwe ofiary. 
 
Owadzia armia
 
Ogromnym lękiem napawa ludzi szarańcza. Ten pięciocentymetrowy owad przez większą część życia jest nieszkodliwym "konikiem polnym", który nie wyrządza żadnych szkód rolnikom. Jeśli jednak zajdą sprzyjające warunki pogodowe i dojdzie do stłoczenia na małej powierzchni dużej liczby osobników, rozpoczyna się formowanie "owadziej armii", która kierując się słońcem i wiatrem potrafi nieść spustoszenia. Szarańcza żywi się wszystkim, co jest zielone i dziennie zjada tyle, ile sama waży. Średnia chmara liczy około 10 miliardów osobników, które potrafią w ciągu jednego dnia zjeść tysiące ton upraw, powodując klęskę głodu. Największa zarejestrowana plaga szarańczy pojawiła się w 1784 roku w Afryce Południowej. 
 
Nie tylko liście, rośliny i płody rolne należą do ulubionych owadzich wiktuałów. Wiele owadów to drapieżniki, a krew i soki życiowe innych organizmów to ich podstawowe pożywienie. Najsławniejsi krwiopijcy to komary, pchły i wszy. 
 
Wszystkiemu winne samice 
 
Krwiopijczą sławę komary zawdzięczają samicom. Aparat gębowy komarzycy przekształcony jest w narząd kłująco-ssący. Przebijając nim skórę swojej ofiary, komar wstrzykuje do wnętrza ciała ślinę z substancją zapobiegającą krzepnięciu krwi. Swędzenie i opuchlizna są reakcją naszego organizmu na tę substancję.
 
Pluskwa domowa w ciągu dnia przebywa w ukryciu - za meblami, obrazami lub w narożnikach. W nocy wskakuje na człowieka i nakłuwa ciało swą kłujką, wpuszczając środek znieczulający. Ofiara nie odczuwa bólu, dlatego pluskwa może się swobodnie posilać krwią. Pluskwiak Triatoma sanguisuga z Ameryki Południowej, nazywany również "całującym pluskwiakiem", może przenosić śmiercionośne wirusy, zakażając człowieka chorobą Chagasa. Owad często gryzie swoje ofiary w okolice ust. 
 
Jedno życie - jedno ukłucie 
 
Pewne owady "gryzą", by napić się krwi, inne - by wstrzyknąć ofierze truciznę. Pszczoła kłuje tylko jeden raz w życiu. Jej żądło przypomina harpun, na końcu którego znajduje się haczyk. Gdy po ukąszeniu próbuje odlecieć, żądło wyrywa się z odwłoku pszczoły wraz z organami wewnętrznymi, co powoduje jej śmierć w krótkim czasie. Jad nie jest groźny dla człowieka, powoduje tylko krótkotrwałe opuchnięcia. Osy i szerszenie potrafią natomiast żądlić wielokrotnie, ponieważ ich żądła są sztyletowate i bez problemu dają się wyciągać z ciała ofiary. Owady te są drapieżnikami i używają żądeł do uśmiercania innych owadów, a także dla obrony. Ich jad zawiera silne związki toksyn. Przyjmuje się, że dawka śmiertelna dla człowieka to około 40 mg/kg ciała, gdzie podczas użądlenia szerszeń wprowadza tylko 2 mg. 
 
Osy nie należą do najprzyjemniejszych istot nie tylko z powodu swoich żądeł. Choć z reguły owady te budują charakterystyczne gniazda, osy z rodziny smukowatych mają inne zwyczaje lęgowe. Dorosła samica zakopuje się w ziemi w poszukiwaniu pędraków chrząszczy. Na ciele sparaliżowanego pędraka w okolicy brzusznej składa jajo, po czym wychodzi na powierzchnię. Po wykluciu, larwa osy ma pod dostatkiem pokarmu i żeruje na żywym pędraku do czasu przepoczwarzenia. W wielu krajach używa się tych os do walki z plagą chrząszczy. Z kolei zabójcza osa - Pepsis heros - jest postrachem pająków ptaszników. Ta największa z rodziny nasiecznikowatych paraliżuje pająka jednym użądleniem, po czym w jego wnętrzu składa jaja, aby młode osobniki po wykluciu miały zapas pożywienia. 
 
Pogromcy mrówek 
 
Przy zabójczych osach podstępne mrówkolwy czy skorpiony mogą wydać się łagodne. Choć i te kultywują zwyczaje niezbyt sympatyczne. Larwy mrówkolwów (niektórzy pamiętają te stworzenia z opowieści Tove Jansson o Muminkach) żyją zagrzebane w lejkowatych dołach, gdzie oczekują na zdobycz. Ich podstawowymi ofiarami są mrówki. Gdy owad zbliży się do pułapki, larwa potrząsa energicznie głową, obsypując go piaskiem. Zdezorientowana ofiara wpada do lejka, gdzie zostaje pożarta. 
 
Skorpiony (to nie owady, a pajęczaki), a także niektóre karaczany, krocionogi i pareczniki, mają zdolność do świecenia pod wpływem promieniowania UV. Najprawdopodobniej ci nocni łowcy wabią w ten sposób ofiary. Okazuje się bowiem, że u niektórych owadów obserwuje się zjawisko fototaksji, czyli instynktownego podążania za światłem. Zjawisko to występuje u większości ciem. Owady widzą promienie UV jako charakterystyczną poświatę i podążają ku niej, stając się łatwym łupem dla Pandinus Imperator - fluorescencyjnego Skorpiona Cesarskiego. Jest to największy skorpion świata, dorasta do 20 cm długości, zamieszkuje deszczowe lasy i suche tereny w Afryce. Jego jad nie jest na tyle toksyczny aby zabić człowieka. 
 
(zel) 
 
 
 
KOLOROWE MUZEUM MOTYLI 
Żadnemu amatorowi Bałtyku nie trzeba mówić, dlaczego warto spędzić urlop w Gdańsku. Kto choć parę razy zwiedził nadmorskie kurorty w naszym kraju, ten wie, że Gdańsk jest jednym z najlepiej zorganizowanych i wyposażonych. Nie da się zlekceważyć jego przewagi nad małymi miejscowościami w razie ulewy – w Gdańsku zamiast tkwić w pensjonacie możemy udać się na zakupy czy do muzeum. Hotele w Gdańsku są eleganckie i zadbane. 
 
Gratulujemy więc wszystkim, którzy wybrali Gdańsk, polecamy im jednocześnie niedługie wypady do okolicznych miejscowości i powroty do Gdańska na noc. Sąsiednie mniejsze i większe miasta kryją w sobie mnóstwo ciekawych, często niedocenionych atrakcji. I tak na przykład we Władysławowie, zaledwie kilkadziesiąt (dokładnie 67) kilometrów od Gdańska, gdzie bez kłopotu dojechać możemy samochodem bądź autobusem PKS-u, znajduje się fantastyczne Muzeum Motyli. Kto interesuje się owadami, fascynuje go piękno natury lub inspiruje kolorystyka motylich skrzydeł, ten koniecznie powinien tam pojechać.
 
W muzeum prezentowana jest kolekcja prywatna. Anonimowy stryj właścicieli wystawy, którego znamy jedynie z imienia Staszek, gromadził motyle od 1937 roku. Potomkowie wspominają, że ich wujek nie był naukowcem, nie zajmował się owadami zawodowo, były one „jedynie” hobby i „aż” miłością jego życia, które niemal w całości im właśnie poświęcił. Wiemy, że podróżował po całym świecie, by zdobywać wymarzone okazy, zamawiał je także od zagranicznych handlowców – wszystkie te, trwające dziesiątki lat, działania zaowocowały kolekcją 6000 motyli, które osobiście preparował. Na swej stronie www twórcy muzeum tłumaczą niesięgającą aż sześciu tysięcy owadów kolekcję podziałem jej na dwie części. Ta we Władysławowie to kolejna wystawa, utworzona w 2000 roku. Pierwsza partia motyli osiadła w gablotach w Łebie w roku 1998.
 
Muzeum we Władysławowie ma siedzibę na trzecim piętrze wieży widokowej Domu Rybaka, która znajduje się przy ulicy Generała Hallera 19. W gablotach poukładane są spreparowane motyle, posegregowane gatunkami bądź kolorystyką. Twórcy muzeum zadbali o odpowiednie opisy do poszczególnych okazów, które pozwolą nam nie tylko biernie oglądać kolorowe skrzydełka, ale przybliżą nam cechy charakterystyczne konkretnych gatunków. Tablice opisujące owady wykonane są bardzo efektownie, a ich treść jest na tyle klarowna i precyzyjna, że do wartościowego zwiedzenia muzeum nie jest konieczny przewodnik.
 
Obiekt otwarty jest wyłącznie w szeroko pojętym sezonie letnim. Od maja do czerwca zwiedzać możemy między godziną 10 a 18, w wakacje (lipiec i sierpień) trochę dłużej, bo do 20. We wrześniu i październiku muzeum nadal jest otwarte, ale znów skraca się czas otwarcia od godziny 10 do 18. Warto także wiedzieć, że kolekcję oglądać możemy w każdą sobotę i niedzielę od godziny 10 do 20. Warto więc wybrać się do Władysławowa w weekend i właśnie wieczorem, aby z wieży widokowej móc jeszcze zobaczyć malowniczy zachód słońca.
 
Cena biletu to 6 zł. Warto mieć przy sobie gotówkę, gdyż nie są przyjmowane karty płatnicze. Na koniec ważna informacja dla wszystkich tych, którzy sprzątają na strychu albo trafiły im się dziwaczne zbiory po zmarłej sąsiadce – muzeum chętnie przyjmuje gabloty z motylami oraz innymi owadami i wzbogaca nimi własną kolekcję – oczywiście wymieniając nazwisko darczyńcy. Może warto pomyśleć o oddaniu skarbów znalezionych na dnie zakurzonego kufra w miejsce, gdzie znów nabiorą wartości?
 
 
MOTYLE NOCNE - TAJEMNICZE I PIĘKNE 
2008-08-05 08:41:58 
Motyle znane są pod łacińską nazwą Lepidoptera, czyli łuskoskrzydłe, ponieważ ich skrzydła pokryte są małymi, dachówkowato ułożonymi łuskami. Naukowcy podzielili je na trzy grupy - dzienne, nocne i drobne. Ćmy uważane są zazwyczaj za mniej interesujące od swoich bajecznie ubarwionych światłolubnych kuzynów. Twórcy wystawy "Muzeum motyli" z filiami w Łebie i Władysławowie przekonują miłośników przyrody, że jest inaczej - ćmy mają niezwykle ciekawe zwyczaje, bywają też piękne i sprytne. 
 
Wiek najstarszych motyli nocnych oceniany jest na 100 - 140 milionów lat. Dotąd poznano około 170 tys. gatunków tych owadów, z czego około 3 tys. występuje także w Polsce. Stanowi to 1,8 proc. wszystkich motyli. 
JAK ODRÓŻNIĆ MOTYLE OD CIEM 
 
Organizatorzy wystawy tłumaczą, że motyle mają cienkie długie czułki zakończone zgrubieniem. Ćmy natomiast posiadają z reguły czułki pierzaste lub krótkie i grube "patyki". Dzienne odpoczywają ze skrzydłami złożonymi do góry, u ciem w czasie spoczynku skrzydła leżą płasko. Podstawową różnicą jest jednak koloryt skrzydeł - motyle dzienne są bardziej ubarwione od ciem. Od tej reguły są jednak wyjątki. Zdarzają się wyjątkowo kolorowe ćmy. Tropikalne uranie wyglądają jak motyle dzienne. Piękne ubarwienie nie jest ich jedyną ciekawą cechą. Alcides Aurora posiada na odwłoku specjalne upierzone łuski, którymi rozpyla feromony, wabiąc samiczki. 
 
Niektóre motyle, także ćmy, mają zdolność upodabniania się do innych gatunków, posiadających przystosowania obronne. Ta typowa dla bezbronnych gatunków zwierząt cecha nazywana jest mimikrą. Ćmy potrafią udawać drapieżne sowy, dzięki czemu, zamiast narażać się swoim wrogom, odstraszają ich. 
 
DLACZEGO ĆMY LECĄ DO ŚWIATŁA 
 
Ćmy, z racji tego, że swoją aktywność przejawiają po zmierzchu, muszą zadbać o odpowiednią ciepłotę ciała, dlatego ich odwłoki pokryte są często gęstym owłosieniem. Dzięki temu dłużej zachowują ciepło nagromadzone w ciągu dnia. W dzień owady te często odpoczywają w nasłonecznionych miejscach - wygrzewając się gromadzą energię na nocne loty. 
 
Z kolei motyle dzienne rano, zanim rozpoczną loty, muszą się najpierw rozgrzać w słońcu. Dlatego bardzo często zobaczyć je można na łące, siedzące na roślinach i skierowane ku słońcu. 
 
Ćmy traktują światło księżyca jak naturalny kompas. Jeśli jest pełnia, nie lecą do sztucznego światła. Podczas innych faz księżyca mylą się. Nocą światło świeci ćmie silniej w jedno oko. Szukając jednakowo silnego źródła dla drugiego oka, ćma zatacza coraz mniejsze kręgi, zakreślając w powietrzu spiralę. 
 
ROZMIAR MA ZNACZENIE - I INNE CIEKAWOSTKI NOCNYCH MOTYLI 
 
Najdłuższą trąbką (ssawką) może pochwalić się zamieszkująca Madagaskar ćma Xynthopan morganii, należąca do rodziny zawisakowatych. Jej narząd osiąga nawet 35 centymetrów długości, co pozwala motylowi czerpać nektar ze storczyków. Trąbka-ssawka jest trzykrotnie dłuższa od długości ciała motyla. Normalnie pozostaje zwinięta w spiralę; owad rozwija ją tylko na czas pobierania pokarmu. 
 
Gąsienica ćmy Anthera polyphemus pochodząca z Ameryki Północnej uznana jest za największego żarłoka na świecie. W ciągu 55 dni larwa pożera ilość 85 tysięcy razy cięższą, niż masa jej ciała. 
 
Zmierzchnica trupia główka ma nie tylko groźnie wyglądający rysunek na grzebiecie (czaszka i piszczele), ale również - jako nieliczna z ciem - potrafi głośno gwizdać. W sytuacji zagrożenia życia dźwiękiem odstrasza napastnika. Tę umiejętność zawdzięcza swojej ssawce, która działa jak gwizdek. 
 
Trupia Główka to także jeden z większych chronionych motyli nocnych pojawiających się naszym kraju. Jego ojczyzną jest jednak południowa Europa i Afryka. Z ćmą tą związana jest prastara legenda, która głosi, że pojawienie się motyla nad głową człowieka wróży śmierć w rodzinie. Mówi się o niej - zwiastun śmierci znad Wisły. 
 
*** 
Motyle i owady z całego świata opisane zostały w "Muzeum motyli". Ponad 6000 spreparowanych okazów pochodzi z prywatnej kolekcji tworzonej od 1937 r. Zbiory zgrupowano w dwie wystawy - w Łebie i we Władysławowie. UCZ 
 
PAP - Nauka w Polsce